Budują kanalizację tylko po jednej stronie drogi

Pisz tutaj o nurtujących problemach mieszkańców gminy Konstancin-Jeziorna, ich pomysłach oraz propozycjach rozwiązania.

Moderator: GTW

Budują kanalizację tylko po jednej stronie drogi

Postautor: Filip » sob kwie 26, 2014 10:28 am

Obrazek

Kuriozalna sytuacja w Konstancinie-Jeziornie pod Warszawą. Mieszkańcy jednego z osiedli od lat czekają na kanalizację. Kiedy gmina zaczęła wreszcie jej budowę, okazało się, że... tylko po jednej stronie drogi. Mieszkańcy drugiej nadal nie będą jej mieli, bo jeden z właścicieli nie chce użyczyć 2,5-metrowego pasa drogi. A gmina nie potrafi sobie z tym poradzić.

XXI wiek. Rok 2014. Konstancin-Jeziorna, urokliwie miasteczko 20 kilometrów od centrum Warszawy. Osiedle Parcela, ulica Grzybowska. Żwirowa, wyboista droga, przejeżdżając można urwać zawieszenie w aucie. Mimo to właściciele posesji po jednej jej stronie mają powód do radości – wreszcie zostaną podłączeni do gminnej sieci wodno-kanalizacyjnej.

Chodzi o 2,5 metra…

Mieszkańcy drugiej strony ulicy zgrzytają zębami – mimo że pod ich nosem robotnicy rozkopują ulice i kładą rury, dla nich nic to nie oznacza. Nadal nie dostaną wody i kanalizacji. Gmina nie może bowiem dogadać się z jednym ze współwłaściciel drogi, co do użyczenia paska gruntu o szerokości 2,5 metra. Jej władze uznały więc, że w tej sytuacji najprościej jest nie ująć pozostałych posesji w tej inwestycji. Ich właściciele na kanalizację jeszcze poczekają.

Miesiące czy lata...

Ale od początku. Państwo Kowalscy (nazwisko zmienione na życzenie naszych rozmówców) mieszkają przy ul. Grzybowskiej w Konstancinie-Jeziornie od sześciu lat. Kupili posesję akurat w tym miejcu, bo okolica jest piękna, spokojna, wokół lasy, przyroda. Teren nie był podłączony do gminnych mediów – wodociągów i kanalizacji, więc we własnym zakresie wykopali studnię i zrobili szambo. I od razu rozpoczęli starania o podłączenie ich do miejskiej sieci.

Trzy lata temu coś się ruszyło. Przedstawiciele urzędu miasta i gminy poprosili ich, by się określili, czy zgadzają się na użyczenie części swego gruntu pod wykopy związane z budową wodociągów i kanalizacji. Oczywiście zgodzili się, podpisując oficjalny dokument w tej sprawie. I cierpliwie czekali. Aż do teraz. W marcu na ul. Grzybowskiej pojawili się robotnicy, którzy zaczęli rozkopywać ulice. Kiedy mieszkańcy zapytali, co robią, okazało się, że będą budować przyłącza do sieci wodno-kanalizacyjnej.

Bo nie ma zgody wszystkich

Radość Państwa Kowalskich nie trwała jednak długo. – Dowiedzieliśmy się u sołtysa i w urzędzie miasta i gminy, że nie jesteśmy ujęci w tej inwestycji, bo nie wszyscy właściciele posesji po naszej stronie drogi zgadzają się na użyczenie gruntów. Kiedy zaczęliśmy drążyć, okazało się, że chodzi o 2,5-metrowej szerokości pas drogi dojazdowej do części posesji, będący według dokumentów terenem prywatnym, w którym udziały ma 14 osób – tłumaczą nasi rozmówcy.

- Okazało się, że w związku z tym, że nie wszyscy wyrazili zgodę – przy czym do części właścicieli władze gminy po prostu nie dotarły – nie zostaliśmy ujęci w inwestycji. Problem w tym, że nie wiedzieliśmy o tym, bo nie było żadnej komunikacji ze strony gminy, nie dotarła do nas żadna informacja na ten temat. Nie wiedzieliśmy również o rozpoczęciu inwestycji na Grzybowskiej - dodają Kowalscy.

Postanowili więc wziąć sprawy w swoje ręce. Wyręczyli gminę i wraz z sąsiadami dotarli do właścicieli pozostałych posesji i uzyskali od nich pisemne zgody na użyczenie wspomnianego kawałka drogi. Za wyjątkiem dwóch osób – kobiety, która wyjechała za granicę oraz Kazimierza P., miejscowego rolnika. Okazało się, że z tym ostatnim jest największy problem. Kazimierz P. znał bowiem całą sprawę, ale postanowił wykorzystać ją do swoich celów. Mając udziały w drodze dojazdowej, postanowił je sprzedać gminie. Tyle, że z pertraktacji z samorządem nic nie wyszło. Gmina zaproponowała 25 zł za metr kwadratowy, Kazimierz P. zażądał kilkakrotnie więcej. Żadna ze stron nie chciała ustąpić, więc sprawa utknęła w martwym punkcie.

Chce udziały w drodze za darmo

Kowalscy dostarczyli więc wspomniane 12 pisemnych zgód do urzędu miasta i gminy, która z kolei miała przekazać je projektantowi, by ten zaczął prace nad zmianą projektu. Okazało się, że było to jednak tylko "mydlenie oczu". Projektant nic od gminy nie dostał. Kowalscy znowu wzięli więc sprawy w swoje ręcej i sami dostarczyli mu wspomniane zgody. Ten stanął na wysokości zadania i szybko opracował nowy projekt.

Na tym etapie znowu wszystko utknęło, bo nadal nie było zgody Kazimierza P. Kowalscy próbowali więc porozumieć się z nim. Zaproponowali mu, że sami, wraz z sąsiadami, odkupią od niego udziały we wspomnianym 2,5-metrowym pasku drogi. Ten się jednak na to nie zgodził i zaproponował inne, dość kuriozalne rozwiązanie.

– Stwierdził, żebyśmy "przekazali", czyli niejako podarowali mu nasze udziały. Stwierdził, że wtedy on będzie mógł od gminy wyciągnąć więcej pieniędzy. O niczym innym nie chciał słuchać. Uznaliśmy, że propozycja jest niedorzeczna, bulwersująca i jest nie do zaakceptowania. Powiedział, że nie ustąpi, pokazując tym samym, że jest jednostką aspołeczną, a wręcz szkodliwą społecznie – tłumaczą nasi rozmówcy.

Jak w średniowieczu

Kowalscy porozumieli się jeszcze z sąsiadami, że może jednak sprzedać swoje udziały. – Ale po pierwsze: jaką my mamy gwarancję, że ten pan sprzeda je potem gminie? Patrząc na jego postawę, można mieć obawy, że będąc właścicielem całego pasa drogi, może jeszcze potem zażądać od nas opłat za przejazd nią – tłumaczą.

- Po drugie: nawet gdybyśmy sprzedawali je nie jemu, a gminie, to, żeby to miało sens, gmina musiałaby kupić je od wszystkich właścicieli. Czyli w jednym momencie zaprosić ich do siebie i spisać akt notarialny. Tylko że gmina nie robi nic w tym kierunku, jakby w ogóle nie była tym zainteresowana. Albo jakby chciała zamieść całą sprawę pod dywan, bo jest trudna do rozwiazania i to tylko "niepotrzebne" problemy. A nas pozostawia się samym sobie, byśmy dalej żyli jak w średniowieczu – bez podłączenia do wody i kanalizacji – denerwują się Kowalscy.

Gmina: to trudne przypadki

Jak się okazuje, władze gminy nie mają sobie nic do zarzucenia. – Rzeczywiście realizujemy w tym momencie inwestycję wodociągowo-kanalizacyjną ulicy Baczyńskiego, Kondrackiej i Grzybowskiej. Wszyscy, którzy mieszkają przy tych ulicach otrzymają wodę, bo obowiązkiem gminy jest zbudowanie sieci do granicy działki. Natomiast jeżeli chodzi o trójkąt ograniczony tymi ulicami, umownie zwany Parcelą, będzie to oddzielna inwestycja i jesteśmy w trakcie jej opracowywania – mówi Onetowi Kazimierz Jańczuk, burmistrz Konstancina-Jeziorny.

Burmistrz przyznaje jednak, że pojawiły się kłopoty. – Problemem jest fakt, że na terenie tego "trójkąta", większość dróg jest prywatnych. Po pozwolenie na budowę do starostwa możemy pójść tylko wtedy, jeżeli mamy tytuł prawny wejścia na daną nieruchomość. Znaczna część właścicieli, dla dobra sprawy, dogadała się z nami, ale jest kilka bardzo trudnych przypadków, w których współwłaściciel terenu nie wyraża zgody na wejście na jego grunt – tłumaczy Kazimierz Jańczuk. - Paradoks tej sytuacji polega dodatkowo na tym, że ci, którzy się nie zgadzają, dostaną wodę, bo mieszkają w innej części osiedla – dodaje.

Burmistrz podkreśla, że cena proponowana przez tych "opornych", wśród których jest m.in. Kazimierz P., za ich udziały w gruncie, daleko odbiega od rzeczywistości. W związku z tym na tym etapie gmina nie jest w stanie się z nimi porozumieć. Jakie więc jest rozwiązanie tej sytuacji i co mają zrobić pozostali mieszkańcy?

Jest rozwiązanie prawne

– Podkreślam, że możemy dać wodę i kanalizację tym, którzy wyrażą zgodę na wejście na ich grunt. Mieszkańcy mogą więc wspomagać nas w uświadamianiu swoich sąsiadów, że cel jest wyższego rzędu, nie tylko gminy. My też wciąż prowadzimy z nimi negocjacje. Liczymy, że w końcu dojdziemy do porozumienia. Jeżeli nie, jest jeszcze pewne rozwiązanie prawne – możemy wystąpić do starosty o ograniczenie prawa do dysponowania drogą, zgodnie z Ustawą o gospodarowaniu nieruchomościami. Żeby złożyć taki wniosek musimy jednak udokumentować wielokrotne rozmowy i negocjacje z właścicielami danego gruntu. Dopiero w momencie, kiedy nie przynoszą one skutku, taki wniosek może zostać rozpatrzony – tłumaczy Kazimierz Jańczuk.

To może więc potrwać kolejne kilka miesięcy, a nawet lat. Dodatkowo burmistrz podkreśla, że mieszkańcy wspomnianego "trójkąta", a więc także państwo Kowalscy, i tak w tym roku nie mają szans nawet na rozpoczęcie budowy przyłącza do gminnej sieci. W pierwszej kolejności planowana jest bowiem budowa dużego kolektora ściekowego w tym rejonie. Ma się zacząć w tym roku, a skończyć w przyszłym.

- Nie rozumiemy, dlaczego to się wszystko tak ślimaczy. Czekamy już sześć lat. I mamy już dość wyręczania urzędników we wszystkim. Chcemy żyć w godnych warunkach, jak przystało na XXI wiek. Mamy nadzieję, że władze gminy wreszcie zadbają o swoich mieszkańców – mówią Kowalscy. - Chyba im na tym zależy. Zwłaszcza, że zbliżają się wybory – dodają.

Kazimierz P. nie chciał z nami rozmawiać, mimo wielokrotnych prób kontaktu z naszej strony.

http://wiadomosci.onet.pl/warszawa/absu ... rogi/vjfnp
Awatar użytkownika
Filip
 
Posty: 1731
Rejestracja: pt kwie 06, 2012 3:18 pm
Lokalizacja: okolice

Postautor: marekwisniewski » wt maja 27, 2014 11:48 am

U mnie na ulicy też nie chciano zrobić kanalizacji, i dlatego z sąsiadami zdecydowliśmy, że kupimy szamba betonowe, i do tej pory jesteśmy z nich zadowoleni.
marekwisniewski
 
Posty: 7
Rejestracja: wt maja 27, 2014 11:22 am


Wróć do Sprawy mieszkańców gminy Konstancin-Jeziorna

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość